Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Pogadamy, pomyślimy

Do Rosomaka wprowadził Sasankę przyjaciel Dudka, co się w nauczaniu rachunków szczególnie dobry zdawał. Rosomakowi zależało, alby jego synowie liczyli biegle, bo jeśli mieli kiedyś po nim przejąć handel musieli być w tym dobrzy.

- Cóż to uczona panią może sprowadzać do prostego handlarza? - zagaił Rosomak nalewając jej miodu.

- Kupieckie sprawy - Sasanka od razu przeszła do rzeczy. - Powiedz mi, panie Rosomaku, jak się tobie wiedzie?

- A podziękować. Nie tak dobrze, rzecz jasna, jak wielmożnemu panu Osetnikowi, ale jakoś sobie radzę.

- Rozumiem, że jesteś ostrożny, ale wiedz, że już rozmawiałem z innymi kupcami, którzy się handlem między wsią, a miastem zajmują. Wszyscy z początku byli mili, dobrze się o Osetniku wypowiadali, lecz potem, gdy już piwo rozluźniło im języki, mówili, jak jest naprawdę. Nie przeciwko tobie, tu jestem Rosomaku, lecz za tobą.

- Tak... - zastanowił się kupiec, próbując rozgryźć uczoną. Oczywiście, że już wiedział. Coś się kroi. Oczywiście, że już postanowił. Dłużej tak, jak jest być nie może, bo skończy, jako służący u Osetnika. - Niech będzie, może głupio robię, ale powiem. Skoro już z innymi rozmawiałaś...

- Mów, nic ci nie grozi, tylko zyskać możesz.

- Dobrze. Wielu nas handluje z wieśniakami. Daje się im narzędzia, leki, ubrania co lepsze, a dostaje - wiadomo - to co ziemia urodzi. Dawniej było to wcale uczciwe zajecie, dobrze się i spokojnie żyło, dopóki Osetnik nie urósł w siłę. Wiesz dlaczego. Z samym Złym w sojuszu, z poczwarą - wąpierzem na usługach siał grozę. Coraz więcej towarów szło przez jego ręce, a myśmy ubożeli. Kto się skarżył zbyt głośno, tego albo zbir, albo wąpierz w krwi utopił, kto z kupców potulny był, a nie umiał sprytnie się zakręcić, tego Osetnik z rynku wyrzucił. Zresztą wszyscy my już z nożem na gardle. Wykończy po kolei każdego...

- Czyli wszyscy bylibyście szczęśliwi, gdyby Osetnik z rynku zniknął?

Rosomak tylko mrugnął oczami. Nie miał zamiaru wypowiadać takich słów. Nie wiadomo, mimo wszystko, do czyich uszu to trafi. Ale było jasne, że jak inni chciał odejścia Osetnika.

- Bądź rano przed Skałką Osetnika. Ludzi ze swego kupieckiego cechu spotkasz. Dowiecie się, co należy zrobić.




Możni ze Śliwicy sami byli w objęciach Złego, ale inny posłaniec nad nimi pracował. Przyjdzie czas i na nich, na ich krwiste potrawy, ale na razie potrzebni, żeby Osetnika wykończyć. Odolan był z nich chyba najbardziej skory do rozmowy, zresztą do niego, przez nauczyciela rysunków, najłatwiejsze dojście Sasance Dudek znalazł.

- Panie Odolanie, tylko pogratulować takich zbiorów. Same najprzedniejsze obrazy. - Sasanka zupełnie szczerze oceniła obrazy i rysunki wiszące na ścianach pięknego domu gospodarza.

- Cieszę, się, że potrafi pani docenić. To zbiór wielu pokoleń. Nie ma tu dzieł przypadkowych. Każdy z tych obrazów to w sztuce wielki przełom. Coraz mniej ludzi potrafi się tym dziś zachwycić.

- To prawda - Sasanka sprytnie kierowała rozmowę na pożądane tory. - Bogactwo i władza często dziś trafiają w ręce ludzi niegodnych...

- Tak - zaśmiał się Odolan, i nalał Sasance jakiegoś wina z dalekich stron sprowadzonego. - Wybacz Sasanko, ale czasu mamy mało, więc pomińmy grzeczności. Jeszcze przyjdzie na nie czas. Dość znaczny jestem w Śliwicy, sporo do mnie dochodzi wieści. Wiem, że chodzi tobie o tego chama Osetnika. Tak, możni poprą cię przeciw niemu.

- Co to oznacza?

- To oznacza, że nie będziemy wam przeszkadzać. Jeśli zwyciężycie, zjawię się przypadkiem pod Skałką. Trzeba będzie nowy układ władzy przemyśleć. Pamiętaj jednak, że wyprę się tej rozmowy, jeśli ci się nie powiedzie. Pierwszy cię potępię i nawet nie mrugnę okiem, gdy cię będą końmi rozrywać.

- Dziękuję za szczerość.

- Musze o swoje najpierw dbać - Odolan rozłożył ręce w geście pozornej bezradności. - Ale życzę wam jak najlepiej. Wiesz, że jeszcze z najważniejsza osobą musisz pomówić?

- Wiem.




Już z daleka widać było, że Mściwój nie ze Śliwicy. Błyszczał obyciem w stołecznym świecie Stargardu, promieniał męstwem i mądrością jednego z najmądrzejszych doradców Szańczyka. Człowiek nie stary, ale z brodą siwą, białą nawet i czołem zoranym troskami. Wiele miał na głowie.

- Od kiedy tu jestem setki ludzi zabiega, by się ze mną spotkać i coś dla siebie uzyskać - zmęczony Mściwój potarł oczy i czoło. - Dlaczego właśnie tobie pani miałbym czas poświęcać?

- Powiem.

Sasanka ujęła posłańca Szańczyka celnym i prostym opisem stanu świata. Mściwój tylko kiwał głową z uznaniem, gdy mówiła o tym co w Grodnicy, co w Śliwicy, co się zapowiada pod Twierdzą-Świat. Ujęła go mądrością i szczerością. I urodą także, nie ma co ukrywać.

- Zaskakująco dobrze stan świata w paru słowach opisałaś. To prawda, że Szańczyk wolałby Śliwicy swoimi wojskami nie obsadzać. I tak jest ich mało. Twoje zamiary, także rozsądne. Masz moje błogosławieństwo. Wyjeżdżam jutro na cały dzień południowe strony zwiedzić, a gdy wrócę, mam nadzieję widzieć cię na miejscu tego chama ze Skałki.

- Dziękuję - skłoniła się Sasanka i zaczęła zbierać się do wyjścia.

- Powodzenia i... Sasanko!

- Tak?

- Zdajesz sobie sprawę, że Osetnik nie jest głupcem? Wszyscy ważniejsi w Śliwicy wiedzą, że coś się szykuje. Osetnika z całą pewnością też.

- Domyślam się, dlatego mam coś szczególnego w zanadrzu.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później