Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Grabarze i kucharze

Grabarze niczego się nie spodziewali, niczego nie podejrzewali, więc prostą drogą podążyli po ciało kolejnego nieszczęśnika. Przyjaciele cichcem za nimi. Do miasta zbliżyli się od północnego zachodu, gdzie zdawało się nie być żadnego wejścia za mury. A jednak była jakaś dziwna bramka. Ślągwa z towarzyszem od grzebalnej roboty najpierw znaleźli wąskie schodki prowadzące do wykutego w skale niedużego wąwozu, następnie wijącą się ścieżką przeszli kilkanaście kroków, aby tuż pod murami Śliwicy znów wspiąć się w górę i tam wymacać w ścianie bardzo wąskie i dobrze schowane wejście.

Grabarze do środka, Świetlik i Sasanka za nimi. Piast tym razem musiał usłuchać rozkazu i pozostać na zewnątrz. W razie gdyby uzdrowicielka i mędrak nie wrócili, miał wszystko przekazać komu trzeba. Mściwój już by wiedział co robić.

- Naskręt, jesteś? - zawołał Ślągwa, gdy już był w obrębie murów, w jakimś nieprzyjemnie pachnącym, wilgotnym pomieszczeniu. - No gdzie cię nosi, do pioruna?! Dawaj tego ostatniego, bo robotę chcemy już kończyć!

- Tutaj! - odezwał się przytłumiony głos. - W lodówce!

- Znowu pewnie jakiś grubas! - Towarzysz Ślągwy splunął na ziemię. - Przerwę się od tych ciężarów...

Obaj wąskimi i krętymi schodkami zeszli głęboko w dół. Z każdym krokiem coraz chłodniej, ściany w coraz bardziej surowym stanie, aż wreszcie wyszli w niewielkim pomieszczeniu, które zdawało się być raczej dziką jaskinią, niż piwniczką kucharza.

- No, jesteście nareszcie! Jest wasz!

Świetlik z Sasanką nie schodzili w dół. Nie byłoby gdzie się tam schować. Przycupnęli w jakiejś spiżarni modląc się, aby żaden z licznych i wyjątkowo ruchliwych kuchcików ich nie zauważył.

- A co tutaj u ciebie dzisiaj tak poważnie? Święto jakieś? - Ślągwa chwycił ciało potężnie zbudowanego, białego jak śnieg młodzieńca o słowiańskich rysach.

- Możni chcą się pokazać jak najlepiej przed tym Mściwojem od Szańczyka - odrzekł Naskręt ostrząc o siebie dwa noże. - Wielki to pan podobno. Muszę przygotować najlepsze potrawy, bo jeśli panom uda się pozyskać takiego wojownika dla Krwistego Bractwa, to urosną bardzo! Nie mogę niczego pokpić, kuchcikom na ręce patrzeć, samemu potraw pilnować... No, dość tego gadania. Robotę mam. Bierzcie trupa i idźcie już!

Mściwój układa się z tymi od krwi? Czyżby? W stolicy chowany, musiał rozumieć, ze trzeba się na różne okoliczności przygotować, ale żeby się z sługami Złego bratać... Nie, to niemożliwe!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później