Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Dola. Kropka ostatnia.

Drżenie warg. Pot na czole.

- Odszedłem z Wyszowego Lasu do rozwiniętych krajów. Z moją wiedzą i doświadczeniem przyjęły mnie chętne. Najpierw trochę czasu w Grodnicy spędziłem, potem poszedłem na północ, aż znalazłem miejsce tutaj, w Śliwicy. I tu dopadło mnie przeznaczenie.

Drżenie już i rąk, i całego ciała.

- Nauczony doświadczeniem, mądrzejszy juz wiekiem starałem się niczego nie robić pochopnie, świadomy, że moje zamiary mogą się łatwo w Zło obrócić. Pomyślałem nawet, żeby do niczego się już nie mieszać, żyć spokojnie na uboczu, nie wystawiając się na pokusy. Nic z tego. Coś za mną łaziło, coś pilnowało, abym na wierzch wypłynął. Zdarzyło się, ze dzieciak nieroztropnie pozostawiony nad rzeczką płynącą przez północną dzielnicę wpadł do wody. Złożyło się, że byłem w pobliżu. Skoczyłem, wyciągnąłem malca z wody i się zaczęło.

Kolejne westchnienie.

- Najpierw rodzina mnie obcałowała, a gdy zobaczyła, że dość światły jestem i bywały, to - taka dziwna właściwość ludzkiego umysłu - zaraz poleciała po starszyznę dzielnicy, żebym dzięki od kogoś godniejszego usłyszał. Ci się stawili, ukłonili, zagadnęli i tyle ich widziałem, bo także godni się nie poczuli. Rosła moja bajka, mój czyn coraz większy w opowieściach po mieście krążących, a mnie po coraz możniejszych domach goszczono. Nic z tego nie rozumiałem, ale płynąłem z tym nurtem. Był czas, że sławny się tu stałem, wszelkie nowe pomysły, chwalebne uczynki mnie przypisywano. Nie tylko dobre zresztą.

Bukomir ociera pot i krew z czoła. Ręka jego z trudnością się podnosi.

- Gdy jakaś część możnych chciała w siłę urosnąć, wkładała mi w usta słowa, których nigdy bym nie wypowiedział, a skoro lud myślał, że ja - bohater - tak powiedziałem, znaczy to słuszne. Stałem się narzędziem. To oni sami wymyślili wąpierza, żeby lud na wsiach w karby wziąć. To oni sami zaczęli łamac wszelkie święte obyczaje, z piciem krwi na czele. Ze mnie uczynili swego półboga, chociaż nieczego nie zrobiłem, niczego złego nie chciałem.

Drżenie.

- Uciekłem od bogaczy, po biednych i zapomnianych dzielnicach się kryłem, aż w końcu przestali mnie prześladować. Już im nie byłem potrzebny, bo kłamstwo o Nosicielu Krwi kręciło się samo. Widzicie teraz, ze jedyną moją winą był pech. Próbowałem to jakoś do ostatniej chwili odkręcać, lecz Zły pilnował, aby mi się nie udało.

Łza. Jedna i druga. Wiele łez.

- Całe życie wybierałem źle, chociaż chciałem dobrze. Czy to możliwe, zgodne z Prawami Liczb? Z rachubą prawdopodobieństwa?

- Nie. Niemożliwe - odezwał się Świetlik. - Po prostu Zły cię prowadził. Ty sam natomiast zwyczajnie byłeś zbyt pyszny lub głupi, aby to w pełni dostrzec i zbyt tchórzliwy, żeby coś z tym zrobić.

- Tak. Przepraszam, świecie... - odrzekł Bukomir. Oczy miał otwarte szeroko, szczerze świecące umierającym blaskiem. Przyznał się, zrozumiał i pożałował. W ostatniej chwili swej drogi, po raz pierwszy w dojrzałym życiu zaznał spokoju. Westchnął jeszcze ostatni raz, ostatnim haustem powietrza się nacieszył i umarł.

Tak czasem jest, że całe życie złe jedną chwilą, jednym słowem szlachetnym można odkupić. Oby taka chwila każdemu dana była. Oby umiał sobie każdy z nią poradzić.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później