Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - zanim zaczął się czas

Jan Sz. Szarucki


Nieżywce

Szli. Jakie piękne i szczęśliwe mogłyby wydać się drogi Ulewnicy człowiekowi nieświadomemu co się naprawdę tu działo. Twarze mijane były syte i zdrowe, wzajem się ludzi uśmiechami obdarzali, jeden drugiemu dobrze życząc. Blask dnia i światło rozumu dobrze spożytkowanego dawał siłę, aby za światła Złego odegnać. Ludzie tu rozwinięci, ale tak jak najdawniejsi przodkowie... słońce jako wszechmocne czczili. Słońce? Ano tak! Niby mądrzy, ale nie rozumieli, że po dniu ciepłym i jasnym, zawsze nadchodzi noc czarna, dreszcze siejąca. Nie chcieli dostrzegać, że słońce zbyt mało ma mocy, aby całą noc sięgać ludziom do dusz i je otuchą wypełniać. Zły nocą rządzi, gdzie się świętości zabija!

Ulewnica to duże miasto, większe chyba nawet niż Śliwica, bardziej syte od niego i widać, że dalsze od przygranicznych trosk, za to bliższe wielkich spraw niedalekiej stolicy.

Szli. Stańczyk ich prowadził, Sasanka ze Świetlikiem się rozglądali. Po drodze mijali wiele rzeczy ciekawych, które im pozwoliły sobie sądy o tym mieście wyrobić.

Zobaczyli na przykład w bocznej uliczce jakąś szamotaninę. Zatrzymali się, chcieli się przyjrzeć. Dwóch strażników, za nimi jakiś urzędnik jeden i jedna urzędniczka. Strażnicy wzięli pod pachy jakiegoś starszego człowieka, który się mocno szamotał, coś nawet krzyczał niewyraźnie. Był zarośnięty, chudy i brudny.

- To bezdomny - wyjaśnił Stańczyk. - Sporo tu takich na ulicach.

- Wszędzie biedę znajdziesz... - odezwała się Sasanka współczującym głosem.

- To nie bieda! U nas kto chce ma darmo nocleg i jedzenie. Nawet mu pracę pomogą znaleźć, jeśli obywatel i pracować ma ochotę. Ten tutaj po prostu po swojemu chciał żyć.

- Dlaczego się więc go czepiają?

- Bo tutaj wolność człowieka kończy się tam, gdzie się kończy wyobraźnia Zakonu o tym, co dla ludzi dobre. Zabiorą go do schroniska, nakarmią i przebiorą. Będzie zgodnie z przepisami. Tyle tylko, że on w tym brudzie i niepewności czuł się szczęśliwy... To akurat będzie musiał oddać.

Poszli dalej. Od najmłodszych, po najstarszych obywateli wszędzie światłość na twarzach. Kształceni i świadomi obywatele za swoimi sprawami biegali nie zapominając jednak drugiemu obywatelowi się przyjemnie pokłonić.

- A tu? Co to?

Znowu urzędnicy i straże. Znowu zamieszanie. Ubogie mieszkanie gdzieś daleko od głównego traktu schowane, gdzieś w ciemnym zaułku. Niemal bez okien, bo mieszczące się w piwnicy. Coś się tam szamotało znowu. Chmara dzieci. Siedmioro czy ośmioro. Trudno policzyć. Umorusane i płaczące trzymały się zalanej łzami matki. Ojciec bezsilnie kołysał się trzymany przez osiłków.

- To rodzina niesprawna. Tyle dzieci, że im nie wystarcza na godnie życie.

- Głodują? Rodzice pijani, albo na rozumie chorzy?

- Nie, nie sądzę - zaprzeczył Stańczyk. - Tu raczej nikt nie głoduje. Ale urzędy sprawują pieczę nad takimi. Widocznie uznały, że dzieci nie mają w tych warunkach sposobności do pełni szczęścia. Więc się dzieci do ochronki zabierze.

- Jak tak można!

- Można... Chodźmy już bo jeszcze kawał drogi przed nami.

Znów, pośród targowiska, jakiś niepokój. Ktoś kogoś popychał, ktoś się wydzierał. Znów przyszło się zatrzymać.

- Oddajcie! - krzyczała starszawa niewiasta. Nie miała wielu zębów, a smutek błyszczał w jej oczach. - Oddajcie!

Znów jakiś pan na urzędzie się ukazał. Trzymał w rękach rzeźbioną w drewnie postać, nie większą od jabłka. Miała ta postać cztery twarze, na cztery strony świata skierowane.

- Oddajcie! - ciągle krzyczała kobieta tęskniąc za swym bożkiem.

- Wiesz przecież obywatelko, że ze swą wiara obnosić się nie wolno, bo to innym wolność ogranicza! - powiedział surowo urzędnik.

- Chodźmy już! - rzekł wyjątkowo blady Świetlik. Zdaje się miał już dość tego postępu.

Ale jeszcze jedną rzecz musiał obejrzeć. Musiał zobaczyć siedzących nieruchomo pod murem. Mężczyzn, dziewczyny, dzieci nawet. Jakby nie żyli. Oddychali wprawdzie, nawet któryś coś żuł leniwie, lecz w oczach życia nie mieli. Siedzieli i nie żyli.

- A to?

- To jest szczyt szczęścia - zakpił Stańczyk. - Ludzie, którym państwo wszystko zapewniło, w najlepszej wierze, podług najlepszych wzorców działając. Ludzie, którzy dostali, co tylko człowiek może zamarzyć.

- Dlaczego wiec tak siedzą?

- ich zapytaj!

Świetlik zapytał. Dlaczego tu siedzą, dlaczego nic nie robią? Czy nie mają celu? Odpowiedź była krótka i zatrważająca.

- Po co? Po co cokolwiek?

To właśnie nieżywce. Najwyższe stadium światłego człowieka rozwiniętego.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później