Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Serwer z Rosetty [4]

Dom studencki "Młyn", Nowy Dwór Mazowiecki. Druga w nocy, a Grzegorz Matczak ciągle przewracał się z boku na bok. Rytmiczne dudnienie piętro wyżej, jakieś wrzaski na korytarzach, odgłosy uniesienia par i wielokątów próbujących wszystkich możliwych figur. Czerstwe? Łatwo przerobić ten prostacki obraz w ubaw klasy exclusive. Trochę proszku, żeby zagłuszyć drętwą biomasę między uszami. Trochę open-source'wych stylizacji rozrywkowych i można się bawić. Łatwo tańczyć, gdy mózg wierzy, że kieruje ciałem Urbańskiej. Przyjemnie śpiewać, gdy człowiek sam widzi w sobie Niemena. Seks w skórze porno-mistrza, w towarzystwie innych ściągniętych z rozkładówek gwiazd to też megaodjazd!

Matczak westchnął, próbując usprawiedliwić w myślach hałaśliwych sąsiadów. Każdy na pierwszym roku musiał się tym zachłysnąć. Od niepamiętnych czasów nie było na to siły. Nawet przed Systemem, gdy tylko alkohol i młodość dawały kopa do imprezowania. Tyle, że dawniej łatwiej było się wycofać. Rozsądek wracał, gdy rodzice pogrozili palcem, gdy trzeba było pomyśleć o robocie, albo gdy wątroba szarpiąc boleśnie ostrzegała przed dalszym piciem. Wtedy prawie wszyscy odchodzili w normalność. Tylko naprawdę nieliczni, ci najwytrwalsi mistrzowie samozniszczenia lądowali telemarkiem w rynsztoku.

W czasach Grzegorza Matczaka rynsztoków już nie było widać. Wyświetlały się jako krystaliczne strumyki o zapachu rumianku. Wszystko w ustawieniach domyślnych i w abonamencie. Trzeba się było naprawdę naszukać po forach, żeby dowiedzieć się, jak ten gadżet wyłączyć. Ale kto i po co chciałby wyłączać?

W świecie Matczaka System nie dawał już wielu możliwości, żeby upaść na dno. Nawet jeśli ktoś kompletnie nie radził sobie z życiem, a prawdę mówiąc nie radziła sobie przytłaczająca większość absolwentów, od czego były Formaty? Proszę bardzo! Nawet na kieszeń telerobotnika, w kredycie 0% był format "Domek na miarę", albo "Miejska przygoda". Wystarczyło dobrać parametry programu, przelać pierwszą ratę i doinstalować moduł. Życiowe dylematy i troski z głowy. O wszystko dbał System. Zaplanował ścieżkę kariery, znalazł żonę, wyedukował dzieci, wplótł wątek romansowy i zwycięski pochód ulubionej drużyny po Puchar Pucharów. Wszystko z dożywotnią gwarancją. Czego chcieć więcej?

- Happy Hours atakują! Wpadnij zaraz na darmową lampkę Bordeux do sieci Condrat Wine Planet! - System wtrącił się w myśli Matczaka ze zbyt wielką, jak na środek nocy intensywnością. Filtry znowu puszczają...

Niespokojne myśli, wkurzające pulsowanie Systemu i jeszcze cholerny spam. Tej nocy znów nie dane mu było zasnąć. Zerwał się z łóżka poirytowany, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

- Nie siedź w domu! Zadbaj o sylwetkę! Jedyna ścieżka zbudowana z myślą o PoloWalkingu! W Nowym Dworze znajdziesz nas nad Narwią! Nie zwlekaj! - Co jest z tym filtrowaniem?! Matczak sprawdził konfigurację proxy, antywirusa, blacklistę... Wszystko w porządku, więc co do cholery?

- Czekam na ciebie, misiu! - z kolejnej natarczywej reklamówki wychynęła dziewczyna niepokojąco podobna do Marty, tyle że dużo bardziej od niej... wyrazista. - Nasze miejsce nad Narwią tylko czeka, abyśmy się w nim zapomnieli. Przyjdź zaraz! Słyszysz? Potrzebuję.... - jej ostatnie słowa przeszły w przeciągłe jęczenie.


sny słowianina (tech7: wyciagaj,wyciagaj)

- Co to ma być? - Grzegorz zaczął już podejrzewać jakąś globalną obsuwę Systemu. Albo to jemu mózg z nerwów wysiadał...

Wreszcie zrozumiał! Przynajmniej tak mu się zdawało... Ubrał się szybko, tak dobierając ciuchy, żeby mieć na sobie jak najmniej chipów. Portierka to jędza bez serca, ale za to z mnóstwem sensorów i szczerą wolą uprzykrzenia życia studentom. Na szczęście Grzegorz mieszkał na pierwszym. Otworzył okno, sprawdził czy w okolicy pusto i wyskoczył na trawnik. Potem prostą drogą nad rzekę.

Teren wokół akademików nawet w nocy prezentował się jako pięknie odnowiony. Czyste elewacje, świeżo skoszone trawniki i elegancko skomponowane klomby. Naprawdę pięknie. Oczywiście jeśli chodziło się z powłączanymi systemami. Matczak tego nie robił. On widział bluboksy na elewacjach. W wielu miejscach ściany były tak brudne i poniszczone, że systemy stylizacyjne nie dawały rady przedstawiać ich w przyjemnych kolorach. Budynki zamiast uspokajać harmonią barw, kłuły go w oczy szarzyzną starego, popękanego ekranotynku.

Im dalej od domów studenckich, tym chaszcze gęstsze. Im dalej w przyrodę, tym mniej sugestywna moc Sieci. Tu już nikt niczego nie kolorował. Większość ludzi bała się takich miejsc. Wokół widać było po prostu zarośnięte brzegi, niezależnie czy estetyczne moduły Systemu były włączone czy nie. Aż ciarki przechodziły. Kto wie, co się w tej dziczy czai...

- Kreks! Kreks! - zaskrzeczało coś nagle. Matczak obrócił się czujnie w tamtą stronę, ale to tylko jakieś ptaszysko darło się na drugim brzegu. System, chociaż już bardzo słabym sygnałem podpowiedział, że to derkacz. I co z tego? Chłodno, wietrznie, trawa mocno wilgotna... Nie czuł się zbyt pewnie na tej wąskiej, oświetlonej tylko słabą latarką ścieżce. Co prawda był tu już kiedyś, gdy Marta wyciągnęła go na letni spacer, ale za dnia. Wtedy po drugiej stronie rzeki, na ścieżce do PoloWalkingu było pełno chodziarzy, a na tym brzegu sporo miejscowych wędkarzy.

- Tutaj! - usłyszał przed sobą głos.

- Marta! - Grzegorz przyspieszył kroku i zaraz był przy niej. Siedziała otulona w koc na niewielkiej polance. Nie patrzyła na niego. Minę miała raczej nieszczęśliwą, jakby wcale się nie cieszyła z tego spotkania.

- Dlaczego mnie tu... ? - zapytał Grzegorz.

- To nie ona... - odpowiedział z cienia inny głos.

- Pan profesor?! Co pan tu robi? - Matczak zastygł z otwartymi ze zdziwienia ustami. Wykładowca archeomatyki był znany z tego, że prawie nigdy nie ruszał się z centrum Warszawy. Wszyscy wiedzieli, że na wykładach i seminariach kontestuje System, ale przeciw korzystaniu z wygód, jakie zapewniał nie miał nic. Ot, niegroźny ekscentryk.

- Nowy Dwór ma swoje zalety - odpowiedział uczony siadając obok Marty. Tylko pełny księżyc oświetlał ich twarze. - Mało tu czujników, mało się kręci tajniaków. Według Agencji zdziwaczały wykładowca archeomatyki korzysta właśnie w swoim mieszkaniu z zamówionych w Systemie snów, a tutaj przyjechał sobie jakiś nieistotny ornitolog. - Profesor uśmiechnął się, prezentując wysokie wodery, wojskową kurtkę i czapkę w kolorze khaki.

- To pan zaaranżował to spotkanie?

- Poprosiłem twoją przyjaciółkę o pomoc. Chętnie się zgodziła. - Mina Marty mówiła co innego. Była skrzywiona jeszcze mocniej niż dotąd, jakby raczej musiała, niż chciała pomóc.

- Rozumiem, ale po co ta konspiracja?

- Daj spokój - Profesor machnął ręką na znak, że nie czas na ściemnianie. - Wszyscy wiedzą, że łazisz po strefie zamkniętej i węszysz. Każdy widzi, że z moich wykładów chcesz wyciągnąć więcej, niż wolno mi powiedzieć. Już dawno zwróciłeś na siebie uwagę. Nie tylko moją zresztą.

- Mówiłam, że się doigrasz. - Marta drżąc nie tylko z zimna wydawała się naprawdę zdenerwowana.

- Na razie nie ma powodu do obaw - Profesor uspokoił oboje studentów. - Nie ty jeden błąkasz się po kanałach z detektorem. Nie jesteś dla nich groźny, bo chodzisz tam, gdzie wam pozwalają. Wciągnęli cię tylko na listę i obserwują. Standardowa procedura... O! słyszycie? To chyba sowa jarzębata się odezwała!

Matczak nie poznawał profesora. Miał go dotąd za erudytę żyjącego wyłącznie swoją dziedziną. Romantyka, zanurzonego w przeszłości i swoich badaniach, a z drugiej strony człowieka bez kręgosłupa - niezdolnego, by skutecznie walczyć o swoje poglądy. Wszyscy widzieli w nim niegroźnego dziwaka, chociaż za wiedzę szanowali. A tu kto stał przed nimi? Zuchwały spiskowiec? Pragmatyczny planista? Czy może jednak szaleniec?

- ...ale ja widzę w tobie potencjał - dokończył uczony, gdy sylwetka ptaka znikła w ciemności. - I chcę cię wciągnąć do planu, który od dawna realizuję.

- Planu?

- Ludzie najczęściej mylą się co do mnie, ulegając wizerunkowi safanduły, który tworzę od lat, ale co do jednego mają rację. Chcę odnaleźć Kompilator! Całe życie temu poświęciłem, a teraz wiem, co i jak należy zrobić, aby go dostać. Jestem już blisko i potrzebuję ciebie. I ciebie Marto także. Słuchajcie...




Raport dot. figurantów o kryptonimach: Profesor, Zakochana i Tropiciel. Sporządzony na zlecenie Agencji Bezpieczeństwa Stołecznego.

Obserwacja i działania prowadzone wobec figuranta o kryptonimie Profesor nie przynoszą nowych informacji. Porusza się niemal wyłącznie w trójkącie uniwersytet-pracownia-mieszkanie. Jego zachowania wciąż są spójne z nakreśloną w poprzednich raportach charakterystyką. Obserwacja, okresowe kontrole i wywiad środowiskowy w otoczeniu figuranta będą kontynuowane zgodnie z zaleceniami.

Od pewnego czasu obserwuje się istotne zmiany w zachowaniu figurantki o kryptonimie Zakochana. Jej dotychczasowe działania, mające na celu zdobycie przychylności Tropiciela w sferze uczuciowej nie dawały rezultatów, co skłoniło figurantkę do podjęcia desperackich kroków. Rozpoczęła ona aranżowanie nocnych schadzek, na które przy użyciu prostych tricków hakerskich zwabia figuranta Tropiciela. Na schadzkach dochodzi prawdopodobnie do zbliżeń, co w świetle światopoglądu obserwowanej jest dowodem na wielką siłę afektu.

Miejsce spotkań obserwowanych jest trudno dostępne i słabo zintegrowane z Systemem, co przy kontynuowaniu dotychczasowych metod wydłuża znacznie czas weryfikacji danych telemetrycznych i wywiadowczych.

Nie ma na razie wystarczających informacji, jak zachowanie Zakochanej wpływa na figuranta Tropiciela. Z pomocą Zakochanej kontynuuje on chaotyczne poszukiwania w strefie wyznaczonej przez Agencję. Z uwagi na wspomniane schadzki z Zakochaną, w miejscu i czasie znacząco utrudniających pozyskiwanie danych operacyjnych, wnosi się o radykalną zmianę technik inwigilacyjnych stosowanych wobec figuranta.

TW Jabłko


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później