Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Serwer z Rosetty [10]

Wielkie kominy zakładu rzucały długie, wyraziste cienie, bo księżyc był w pełni, a niebo wyjątkowo czyste. Grzegorz Matczak, profesor i Marta mijali zabudowania zaplecza, jakieś silosy niewiadomego przeznaczenia i ciągnące się przez setki metrów instalacje z poplątanych rur i przewodów. Spieszyli się, ale rozsądnie co chwilę spoglądali za siebie. Przed siebie też nie gnali na oślep, dokładnie sprawdzając swoją pozycję na niezupełnie legalnie zdobytej wirtumapie elektrociepłowni, żeby nie nadziać się na strażnika ani na plac objęty monitoringiem. Kluczyli tak długo, aż wreszcie bezpiecznie dotarli do bocznego wejścia części biurowej.

- Tędy! - Matczak wskazał na piwniczne drzwi. - Działy Informatyki zawsze lokują na najniższych poziomach!

Weszli do środka z już przygotowanymi detektorami. Tak, profesor miał rację z tą Pragą! Strzałka rwała się, żeby wbić się jak najdalej w czerwoną część podziałki. Miał, stary belfer, rację! Matczak całe życie szukał w centrum Warszawy. Nic dziwnego, wszystko wskazywało na okolice Politechniki. Linie danych gęstniały i promieniowały tym mocniej, im bliżej Śródmieścia. Poza tym nieliczne wzmianki historyczne także wskazywały, że główny ośrodek komputerowy znajdował się właśnie tam. Co z tego? Matczak beształ się w myślach za głupotę. Co z tego, skoro Bombardowanie w pierwszej kolejności objęło właśnie centrum? Czego nie zmiotły impulsy elektromagnetyczne i czego nie przetrawiły bakterie, to kilka dekad później starannie zabezpieczyli ludzie Agencji. I tylko pozostawili na przynętę tym naiwnym poszukiwaczom jakieś odizolowane, donikąd nie prowadzące skrawki światłowodów.

A tutaj? Idealne miejsce! Państwowa firma, gdzie od niepamiętnych czasów działał ten sam mechanizm. Prezesi trzymali się od wyborów do wyborów, więc nikt nie planował działań na dłuższe okresy. Te średnio dwa lata rządów jednej ekipy wystarczały, aby tymczasowo załatać dziury w systemie, żeby dodać nowy moduł, czy doinstalować nowy sprzęt. Prowizorka zawsze okazywała się najtrwalsza, bo też i dwa lata to zdecydowanie za mało, żeby przeprowadzić jakąś gruntowną reformę. Publicznie takim stanem rzeczy też się nikt nie chwalił, bo w modzie była przecież innowacyjność.

I tak, przykryta rozdmuchanym politycznym piarem, skamielina na skamielinie, rosła tu nieprzerwanie informatyczna Wieża Babel, której działania nawet najdoskonalsze dzieła inżynierii ewolucji nie byłyby w stanie ogarnąć. A że elektrociepłownia musiała działać, działała nieniepokojona po staremu. W dodatku stan cyfrowej infrastruktury w tym zakładzie był najściślejszą tajemnicą państwową, z urzędu powierzoną Wydziałowi Infrastruktury ABS, który szczególnie pilnie strzegł jej przed swoim największym konkurentem - Wydziałem Bezpieczeństwa Wewnętrznego ABS. Agenci, którzy śledzili Matczaka nie mieli dotąd pojęcia, jak ważny jest Żerań!

Profesor, Marta i Grzegorz Matczak podążając za wskazaniami detektorów zanurzali się coraz bardziej w biurowy labirynt. Nie udało im się zdobyć wirtumapy wnętrza biurowca, ale znaleźli inny sposób na strażników. Silne pola neutralizatorów sprawiały, że na ekranach monitoringu widać było tylko trzy przepalone białe plamy, świadczące raczej o częstym tu uszkodzeniu optyki kamer, niż o obecności intruzów.

Matczak i profesor byli świetnie przygotowani, w przeciwieństwie do straży przemysłowej: nudzących się, marnie opłacanych, ale za to otoczonych licznymi związkowymi przywilejami pracowników. Wśród załogi panowały święte zwyczaje takich molochów: spychologia, nie wychylanie się, i - broń Boże - nie robienie niczego bez papierowego dupochronu! Dla ludzi z zewnątrz panował tu marazm i starczy zaduch, a dla pracowników urzędniczy etos i rozwaga.

- ...w czasie Bombardowania impulsy elektromagnetyczne, a zwłaszcza bakterie kablowe, zniszczyły niemal wszystko. Nawet ślad nie został po większości przewodów. Tak się przynajmniej zdawało - tłumaczył Marcie coraz bardziej podekscytowany profesor. - Nie wolno mi było zbyt wiele o tym mówić na wykładach, ale znalazł się w Krakowie mądry człowiek - niejaki Bocheński, który odkrył Fantomy Danych. Czyli linie danych, jak się dziś mówi. Okazało się, że światłowody przesyłając latami niezliczone ilości informacji pozostawiały ślad, rodzaj cienia czy odcisku na otaczającej je materii. Same kable, przetrawione przez bakterie znikły zupełnie, ale ślad w ścianach i stropach pozostał. Wystarczyło opracować detektor i można było dokładnie prześledzić szlaki, którymi przesyłano dane, ocenić ich intensywność, a czasem nawet niektóre odszyfrować.

- Idziemy po jakiejś magistrali! - Matczak przerwał uczonemu zaimprowizowany wykład. - Jest martwa, ale od niedawna. Światłowód nienaruszony, a danych tyle, że na dziesięć lat badań by wystarczyło!

- Tak! - potwierdził profesor. - To martwy szlak, ale odłączony niedawno. Najwyżej kilka lat temu. Widocznie robili jakąś reorganizację, dane puścili inną trasą, a kable zapomnieli usunąć. Sami nie wiedzą co tu mają!

- Chaos. Jak to w państwowej firmie.

- To nieistotne - archeomatyk machnął ręką, potykając się o jakiś porzucony karton. - Ważne, że idziemy we właściwym kierunku. Martwy kabel czy nie, linie danych prowadzą do Jądra Systemu.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później