Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Serwer z Rosetty [11]

Pilne! Raport błyskawiczny dot. figurantów: Profesor, Zakochana i Tropiciel. Na zlecenie ABS.

Figuranci Zakochana i Tropiciel oraz jedna osoba dotąd niezidentyfikowana penetrują, w sposób jak się zdaje całkowicie chaotyczny, teren elektrociepłowni.

Dotąd pozostali niewykryci przez służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo zakładu. Stan zabezpieczenia Elektrociepłowni Żerań jest katastrofalny. Nie przestrzegane są nie tylko procedury specjalne, opracowane dla obiektów strategicznych, ale nawet postępowania standardowe są biegunowo odmienne od stanu zdefiniowanego w Instrukcji jako satysfakcjonujący.

Poziom wyszkolenia rezydujących wśród załogi agentów oraz ich skrajnie lekceważący stosunek do służby wymagają interwencji na najwyższym szczeblu!

Proszę o natychmiastowe, w trybie alarmowym, zgłoszenie problemu do Wydziału Infrastruktury ABS, któremu podlega obiekt. Jest to sprawa bezpieczeństwa Państwa!

Wciąż oczekuję na posiłki Wydziału Bezpieczeństwa, co może być jedyną szansą na zadowalające zakończenie kryzysu. Ze względu na stan spraw opisany powyżej, współpraca z Wydziałem Infrastruktury wydaje się bezcelowa.

TW Jabłko




- Idzie za nami, to pewne - nasłuchiwał Matczak. - Chyba jest sam, ale to kwestia czasu, zanim Służba przyśle posiłki. Tym razem się nie wykręcimy...

- Trzeba było myśleć wcześniej! - ofuknęła go Marta. - Skoro już tu jesteśmy, zróbmy co trzeba!

- Racja! - przytaknął jej profesor, chociaż zaskoczony zmianą w jej powściągliwym dotąd zachowaniu. - To tutaj?

- Tak - Grzegorz jeszcze raz sprawdził wirtumapę. Nie było wątpliwości. Drzwi z tabliczką "Pomieszczenie gospodarcze", na wirtualnej nakładce oznaczone jako "Dział Zaopatrzenia" były "zapasową", czyli w praktyce główną i jedyną sprawną serwerownią zakładu.

Ostrożnie pchnęli niedomknięte drzwi. Tak, to na pewno właściwe miejsce! Półmrok, w który ostro wcinały się setki migoczących diod modemów, odsłonił schody prowadzące pół piętra w dół. Zeszli cicho wzdłuż półek i szaf pełnych bezładnie porozrzucanych kabli, zworek i tysięcy innych części. Stanęli przed niewielkim, całkowicie przeszklonym pomieszczeniem pracowniczym, które oddzielało ich od wielkiej hali serwerowni. Matczak delikatnie nacisnął zabrudzoną klamkę. Sprzątaczka raczej nieczęsto tu zaglądała. Nie byłaby w stanie z tutejszymi informatykami wypracować wspólnej definicji słowa "porządek".

Dyżurny programista, jak wynikało z identyfikatora sześćdziesięciosiedmioletni pan Jacek Dryl, spał głęboko. Był na tyle lekkomyślny, że swoje CV trzymał w udostępnionym katalogu, w dodatku w niezaszyfrowanym pliku. Nic nadzwyczajnego zresztą. Miał jeszcze trzy lata do emerytury i pewnie jedyne o czym marzył, to święty spokój. O to akurat nietrudno było w tak skostniałej firmie.

Dryl pracował tu całe życie. Załapał się na etat zaraz po studiach, trafiając nieprzypadkowo prosto pod skrzydła ojca, który dwadzieścia lat wcześniej, także dzięki protekcji krewnych, sam objął tę posadę. Syn pana Jacka, a jakże, również zatrudniony był w elektrociepłowni, chociaż na wolną i ciepłą posadę w informatyce musiał jeszcze formalnie poczekać.

Te trzy żyjące pokolenia Drylów, bo ojciec pana Jacka mimo wieku ciągle dorabiał na zleceniach, to zdaje się jedyne osoby, które były w stanie ogarnąć działanie tutejszego Systemu. Nawet nie jakąś wielką mądrością, a doświadczeniem i znajomością chaotycznego stylu pracy własnej rodziny. Byli kimś w rodzaju egipskich kapłanów, strzegących najgłębszych tajemnic. Nieusuwalni i niezastępowalni, z czego sami nie zdawali sobie sprawy. I z czego nie zdawała sobie sprawy ani Służba ani w ogóle nikt w Warszawie...

- Zostanę tutaj. Na wypadek, gdyby się obudził. Wy idźcie! - wyszeptała Marta.

Profesor i Grzegorz Matczak nie zastanawiali się długo. Byli zbyt podekscytowani bliskością celu, żeby zdziwić się słowami dziewczyny. W gruncie rzeczy to rozsądna propozycja. Na archeomatyce i tak za bardzo się nie znała, a staruszek faktycznie mógłby podnieść alarm, gdyby go nikt nie przypilnował. Chociaż co by miała poradzić, gdyby dyżurny się obudził, o tym żaden z nich nie pomyślał.

- Zamknij dobrze drzwi! - poinstruował ją Matczak. - Wrócimy najszybciej...

- Idźcie już!

Marta odprowadziła wzrokiem Grzegorza i profesora, którzy minęli śpiącego informatyka, drugimi drzwiami wyszli z dyżurki na halę i po metalowych schodkach zeszli jeszcze pół piętra w dół. W końcu zniknęli gdzieś między dziesiątkami serwerowych szaf. Marta wróciła na górę, żeby za radą Grzegorza zamknąć drzwi zewnętrzne. Chwyciła za klamkę, lecz ułamek sekundy wcześniej drzwi otworzył ktoś inny.

- Marta! - powiedział intruz.

- Bartek! - odpowiedziała mu dziewczyna tonem człowieka, którego najgorsze przeczucia zamieniają się w namacalną rzeczywistość. - Wiedziałam!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później