Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Serwer z Rosetty [15]

Wyjątkowo ciasne przejście. Wprawdzie niewiele tu było grożących poranieniem wystających drutów, zbrojenie trzymało całość mocno, ale ciasnota i śliskie od wilgoci ściany prawie uniemożliwiały poruszanie. Matczak musiał walczyć o każdy ruch ręką. Siłą woli rozpychał płuca i żebra, aby dać ciału niezbędną dawkę tlenu. O spojrzeniu w dół nie było mowy.

Nagle i tak ciemny szyb poczerniał jeszcze bardziej, a w głowie i oczach Grzegorza świat zawirował tak mocno, że ledwie utrzymał linkę. To wyjątkowo potężny skaner przetoczył się przez jego myśli szukając podejrzanych sekwencji. Jeśli teraz da się namierzyć, to koniec... Na szczęście dobrze się zabezpieczył! Dalej w dół, przy coraz gorętszym i wilgotniejszym powietrzu. Coraz większy ból żeber i ramiom. Zęby, zaciskane z całą siłą, także słały do mózgu ostrzegawcze sygnały. Łokcie, poobijane od ciągłych uderzeń w ściany szybu, już odmawiały posłuszeństwa, a nogi z coraz większym trudem znajdowały nowe punkty oparcia. Tylko szaleniec mógłby się wciskać w tak wąską rurę, ale Matczak był chyba szalony. Pchał się w dół, powoli, lecz uparcie, za każdy centymetr drogi płacąc niewyobrażalnym cierpieniem. I prawdopodobnie zdrowiem. Płuca już piekły, a serce przekraczało wszelkie rozsądne granice dopuszczalnego wysiłku, gdy nagle ciasno otulające go ściany szybu rozszerzyły się, a on, pozbawiony ich oparcia, z impetem spadł dwa metry w dół, obijając się mocno o podłogę najniższego poziomu.

- Jestem! - wychrypiał. Przez moment łapczywie wciągał powietrze, ucząc się na nowo swobodnie oddychać. Wreszcie wstał, ignorując męczący ból i osłabienie. Ciemno, ale wzrok przywykł do mroku, a podregulowany odbiornik pasywnego noktowizora także wiele odsłonił.

- Profesorze! Widzi pan to! - Grzegorz ustawił transmisję na zakodowanym kanale, wysyłając obraz prosto przed oczy archeomatyka.

- Tak!

Grzegorz Matczak nie potrafił powiedzieć, co pulsuje mocniej: krew w jego skroniach czy petabajty danych wokół. Strumienie informacji otaczały go oszałamiającą intensywnością, jak wielkomiejski ruch i gwar otacza naiwnego przybysza z prowincji. Nareszcie! To tutaj zbiegały się wszystkie istotne dla systemu linie danych. Detektor nie kłamał, lecz oczom trudno było uwierzyć.

- Odra 1302! Odra 1325! - Grzegorz czytał kolejne tabliczki znamionowe, mijając już nie szafy, a całe pokoje wypełnione najprymitywniejszymi z prakomputerów. Lampy zamiast układów scalonych, olbrzymie szpule taśm magnetycznych zamiast optycznych zasobników i mnóstwo perforowanych kart nieznanego przeznaczenia. I to wszystko najwyraźniej działało!

- Elwro 800, Meritum, Mazovia! Setki tego, połączone zwykłymi drutami! Na tym stoi cała potęga Systemu! - zaśmiał się Matczak. Zagrałby Służbie na ich dumnych nosach, gdyby podzielił się z nimi odkryciem. Tymczasem tylko śmiał się głośno.

- Nie lekceważ tych urządzeń! - odezwał się przepełniony podziwem głos profesora. - Działają od dziesięcioleci bez zarzutu. Ile z cyfrowych nowinek to potrafi? Ile z nich umie ustrzec się błędów bez ciągle nowych łat, ulepszeń i bezustannej konserwacji?

Uczony miał rację, to budziło szacunek. Mózgi elektronowe pracowały tu może nawet stulecie, nieniepokojone przez profanów. Skutecznie ukryte przed wszelkimi kłopotliwymi inwentaryzacjami, kontrolami i pytaniami, które mogły zaowocować jedynie konsternacją. Nikt o nich nie wiedział poza rodziną Drylów. Nikt z pracowników, urzędników i kontrolerów nie chciał o nich wiedzieć, bo to kłopotliwa wiedza. Wiedza, z którą teoretycznie coś by trzeba zrobić, ale praktycznie nic by się zrobić nie dało. Odry, Unipolbity i inne starodawne maszyny robiły swoje, schowane dobrze przed reformatorami, racjonalistami i wszelkiej maści naprawiaczami. Cudowny, prawdziwy świat!

- ...ale jak Agencja Bezpieczeństwa może nie wiedzieć, na czym świat stoi?!

- Już kiedyś to tłumaczyłem. Nie słuchałeś! - ofuknął Grzegorza archeomatyk. - Służba bardzo dobrze wie o tym miejscu. Wie Wydział Infrastruktury. Oni zajmują się sprzętem. Wiedzą o Odrach, o kablach... Za to o oprogramowaniu mają nikłe pojęcie. Tym zajmuje się Bezpieczeństwo Wewnętrzne. Ci z kolei wiedzą wszystko o głównych procesach Systemu, poza tym, gdzie fizycznie są generowane...

- ... a oba wydziały nawzajem się nienawidzą... - Matczak ocknął się z zamyślenia. To nie był czas na refleksje nad konstrukcją świata. Zaraz tu będą ludzie Służby! Trzeba poszukać tego, za czym od lat gonił. Gdzieś tu musi być Kompilator! Zapisany na którymś z tysięcy archaicznych dysków i taśm. Tylko jak go znaleźć? Jak się do niego dobrać? Urządzenia wokół zdawały się jeszcze bardziej niezrozumiałe od terminala piętro wyżej.

- Weź detektor! - pouczył go profesor drżącym głosem człowieka ledwie trzymającego emocje na wodzy.

- Szukaj miejsca, gdzie...

- Profesorze! Profesorze! Co się stało? Nic panu nie jest?! - odezwał się Matczak zaniepokojony nagłym zerwaniem połączenia. - Profesorze! - Żadnej odpowiedzi. Może to zakłócenia, a może już tam są...

Nieważnie, teraz mógł polegać już tylko na sobie! Na wszelki wypadek zablokował jakąś porzuconą rurą główne wejście na najniższy poziom. Przynajmniej na jakiś czas był bezpieczny. Fizycznie, bo wokół szalała cyfrowa nagonka. Moduły bezpieczeństwa wyrywały olbrzymie bloki danych i bezlitośnie resetowały całe sektory pamięci. W poszukiwaniu intruza niszczyły bezpowrotnie kod źródłowy milionów aplikacji. Stolica nie obudzi się rankiem taka sama.

Co robić? Jak szukać?

Problem sam się rozwiązał, gdy tylko ujrzał odrapany sejf oznaczony tabliczką "Kopie zapasowe". Nie zwlekał ani chwili. Półka po półce, segregator po segregatorze przeglądał zawartość pancernej szafy. Ile tam tego było! Edytory, arkusze kalkulacyjne, prymitywne gry i jeszcze bardziej prymitywne filmiki dla nastolatków. W większości bezwartościowe śmieci, ale pośród nich... Serce uderzyło jak młotem, a strumień wzmagających podniecenie enzymów zalał całe ciało, gdy doszedł do litery "K". "K", jak Kompilator! Z namaszczeniem wyjął opisany tym magicznym słowem prostokąt z szuflady. Czarny, elastyczny, z okrągłym otworem w środku.

- Dyskietka pięć i jedna czwarta cala! - drżącym głosem wyrecytował zapamiętaną definicję.

Dalej poszło już gładko, chociaż zjawiska, które go prowadziło, nikt nigdy zadowalająco nie wyjaśnił. Jak dwuletnie dziecko, które chociaż nikt go tego nie uczył, samo wie, jak używać pilota od holowizji, tak Matczak obrócił dyskietkę właściwą stroną i znalazł właściwy otwór w terminalu. Jak podniecony przedszkolak, intuicyjnie manipulujący podręczną konsolą do gier, błyskawicznie pojął logikę działania myszki i kursora. Z listy wybrał plik "kompilator.exe"...

- Tak!


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później