Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Oczko lewe, oczko prawe [3]

Wiele wieków później, w 1938 roku, Czechosłowacja na próżno szukała jakiegokolwiek sposobu, aby uniknąć prawie pewnej śmierci.

 

- Proszę mnie połączyć z Masarykiem - zarządził prezydent Edward Benesz. Czekając na rozmowę z czeskim ambasadorem w Londynie zagłębił się w niewesołych myślach.

- Francja... - zastanawiał się. - Nie mieli siły ani odwagi, żeby uderzyć pięścią w stół, gdy Hitler wkraczał do Nadrenii. Palcem nie kiwnęli, gdy zajmował Austrię. Nie ma się co łudzić, że ruszą, kiedy się zacznie... Jedyna nadzieja w Anglikach!

- Jest Londyn, panie prezydencie! Benesz energicznie podniósł słuchawkę i gorąco przywitał starego współpracownika. Zawsze szczerze cieszył się na dźwięk jego głosu. Wiele, bardzo wiele sobie po tej rozmowie obiecywał...

- Nie wiesz nawet co się tutaj dzieje! - ambasador już na wstępie zgasił nadzieje przyjaciela. - Oni się dosłownie trzęsą przed Hitlerem. Całe to cholerne Imperium Brytyjskie siedzi z podkulonym ogonem i nie zamierza nic robić. Pójdą na wszystko, czego Niemcy zażądają!

- A twoi amerykańscy przyjaciele? Nie ma żadnej nadziei?

- Żadnej - uciął ponuro Masaryk. - Nic, zupełnie nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Prezydent Benesz zrezygnowany odłożył słuchawkę. Wstał i przeszedł niespiesznie kilka kroków, aż stanął przed oknem, sam na sam z panoramą gwarnego i zamożnego miasta.

- Porządna, zdrowa gospodarka - myślał. - Naród chętny by pracować i, gdy trzeba, walczyć. Najlepsza czeska broń. Szańce górzyste i usiane bunkrami. Hitler połamałby sobie zęby na naszych granicach, gdyby tylko świat zechciał nas wspomóc i chociaż tupnął na tego szaleńca nogą...

- Nic, zupełnie nic nie jesteśmy w stanie zrobić... - powiedział na głos do ścian pustego gabinetu.

- Czegoś sobie pan życzy, panie prezydencie? - w drzwiach pokazała się pulchna twarz młodej sekretarki, zwabionej głosem przełożonego.

- Słucham? - Benesz odwrócił się wyrwany z zamyślenia. - Ta... Tak. Czy Piotr Zubow już przyszedł?

- Czeka w holu.

- Przyjmę go teraz. Jeszcze raz odwrócił się do okna wypatrując dalekich dzielnic Pragi na horyzoncie. Tam dalej, za miastem, jest Bohemia i cała pracowita Panonia...

- Wehrmacht nie każe na siebie długo czekać - prezydent trawił gorzkie myśli. - Bez walki zajmą Sudety, a z Sudetami wszystkie w pocie czoła drążone fortyfikacje. Zostaniemy z dogorywającymi szczątkami państwa i gwarancjami zachodu. Z tym papierkiem, za którym Anglia i Francja schowają swoją słabość, a który dla nas jest jak splunięcie w twarz. Tak... Nie minie pół roku, a Niemcy będą w stolicy! Jeśli chcemy przetrwać i ocalić Pragę od zniszczenia, będziemy musieli uzbroić się w pokorę. Nie będzie wyboru: nasza amunicja będzie zapełniać magazynki ich karabinów, a nasze silniki zawyją w ich samochodach. I w piwie naszym też zakosztują...

- Panie prezydencie - zaanonsowała sekretarka. - Piotr Zubow.

Potężnie zbudowany, dyszący od tuszy mężczyzna przestąpił próg gabinetu. Starał się zachowywać dystyngowanie, jak na emisariusza przystało, ale słabo mu to wychodziło. Co rusz rozliczne drobne gafy zdradzały jego - prawdę mówiąc - barbarzyńskie pochodzenie i marne wprowadzenie w tajniki szlachetnej dyplomacji.

- Przemyślał pan ofertę? - po wstępnych grzecznościach gość przeszedł do rzeczy.

- Tak - odrzekł prezydent.

- Aha! - Piotr Zubow uśmiechnął się szeroko i ciężko klepnął rękami o poręcze fotela. - Jak rozumiem zgadza się pan, że Hitler nie może wygrać nadchodzącej wojny. Przegra wyniszczając nie tylko swój kraj, ale i całą Europę przy okazji. Po wojnie będzie tylko jedna droga dla rozsądnych ludzi. Pod naszym przewodnictwem.

- Tak. - Benesz choć bardzo chciał, nie znajdował argumentów, żeby się przeciwstawić.

- Aha! - Zubow klasnął w dłonie, niedwuznacznie spoglądając na rzeźbiony barek. - Rozumiem, że zgadza się pan i na pozostałą część planu. Nasi towarzysze przerzucą pana do Anglii, gdzie doczeka pan radzieckiego triumfu. A po wojnie... Cóż, będzie pan miał być może okazję się nam odwdzięczyć.

Prezydent Benesz zastanawiał się czy załamująca się nieelegancko marynarka to tylko skutek fatalnej pracy krawca czy też efekt skrywanej tam nieudolnie tetetki. Lepiej nie pytać, po co stawiać się w kłopotliwym położeniu? Nalał natarczywie domagającemu się alkoholu gościowi najlepszego z czeskich piw.

- Trzeba będzie zagryźć zęby i trwać - pomyślał prezydent.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później