Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Oczko lewe, oczko prawe [4]

W grudniu 1945 roku w gruzach zwanych dawniej Warszawą uchowało się zaledwie kilkuset "robinsonów". Nie ma miasta, nie ma ludzi... Warto było?

 

Pustka. Mróz władał niepodzielnie przestrzenią, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej składała się na gwarną stolicę. Jeśli ktoś się żywy uchował wśród tego morza ruin, to tylko za sprawą najdzikszych instynktów.

- Kto idzie? - czujny szept rozległ się spomiędzy stert gruzu.

- Swój! - odrzekł mu inny, ściszony głos.

Obaj odetchnęli. Nie płosząc więcej ciszy wcisnęli się w tunel wydrążony w zwałach nadpalonych cegieł. Rozsiedli się w niewielkiej komorze pozostałej z piwnicy czteropiętrowego niegdyś domu i rozsupłali szmaciane zawiniątka.

- Co masz?

- Małą flaszkę sznapsa znalazłem, a ty?

- Pół puszki ze zrzutów. Trochę już pleśnią zaszła, ale da się zjeść.

Brudni, zarośnięci i wychudzeni mężczyźni wymienili się zdobyczami. Przez chwilę tylko dalekie pomruki frontowej artylerii przerywały ciszę. W końcu zniknął ostatni kęs psującej się konserwy i ostatni łyk mocnej wódki. Poczuli się lepiej. Na tyle, że ich twarze rozjaśniły słabe uśmiechy, a w głowach zaświtały myśli o czymś więcej, niż tylko o przetrwaniu. Na chwile znów weszli w swoje dawne role...

- Na co nam przyszło, proszę księdza! - zagaił siwiejący.

- Tak... - odrzekł wyższy i szczuplejszy duchowny. - Taka widać wola nieba, panie profesorze.

- Tak... - uczony podrapał się po zawszonej głowie. - Niebo nie ustaje w doświadczaniu nas klęskami.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ciągle na nowo lądujemy w tej zrujnowanej piwnicy, wyjadając resztki i kryjąc się jak szczury!

- Słucham? - zdziwił się ksiądz, a odwykłe od głośnych rozmów gardło zmusiło go do spazmatycznego kaszlu.

- Ano tak, księże dobrodzieju. - Profesor mocno poklepał duchownego po plechach. - Od pokoleń to samo. Ledwie coś zaczniemy budować, ledwie coś nam się udawać zacznie, zaraz katastrofa! Jak nie ze wschodu klęska, to z zachodu pomór. Jak nie azjatycka jakaś wataha, to germańska pożoga. A my, od stuleci tylko patrzymy, jak nam się obce żołdactwo po kraju panoszy.

- Dzięki Bogu ciągle jeszcze w nas siły i honoru wystarczająco, żeby się nie przyglądać biernie, tylko obcym zbrojnie przeciwstawić! Mało to zrywów było, powstań?

- Tak! - parsknął profesor. - Jak nie styczniowe, to listopadowe... A teraz jeszcze to... Zawsze najlepsi z naszych życiem za te nierozważne zrywy płacą. Zawsze zamiast zyskiwać, tracimy kolejne prawa i wolności. I teraz znowu karku ugniemy. Zaraz, czego Niemcy z dymem nie puścili, to Sowieci rozkradną... Dobrze chociaż, że matkę i córkę wywiozłem na wieś.

- Rozumiem to rozgoryczenie, profesorze - nieoczekiwanie uśmiechnął się duchowny. - Trochę wiary jednak nie zaszkodzi. Mówi pan, że od stuleci ciągle na nowo lądujemy po klęskach w tej piwnicy. To prawda i dzięki Bogu za to!

- Słucham?! - tym razem to profesor nagle się zakrztusił. I jemu ciężkie warunki zepsuły zdrowie.

- Zawsze - ciągnął duchowny, - w każdym pokoleniu znajdują się tacy, jak my. W takim samym beznadziejnym położeniu. Ale za każdym razem, zamiast się poddać, zapomnieć o dumie i roztopić w obcym żywiole uparcie istniejemy. Trzymamy się dawnej mowy. I jeszcze roi nam się ta głupia wolność! Ciągle mamy wolę i marzenia by kiedyś urosnąć w dobrobyt i potęgę. W kraj własny, nikomu nie podległy! Z własnymi, przez siebie wypracowanymi wartościami! I kiedyś może...

- Mrzonki, księże dobrodzieju! Może to rzeczywiście godne zastanowienia, że mimo tylu przeciwności ciągle śnimy o suwerenności, ale na tym naszych radości koniec. W samodzielność i potęgę nigdy okoliczności nie pozwolą nam urosnąć. Takie prawa światem żądzą!

- Niech pan nie traci wiary, uczony przyjacielu. Trzeba żyć i te mrzonki pielęgnować. Kiedyś dostaniemy od Najwyższego szansę. Wystarczająco dużo oddechu od zmór różnych, żeby stać się silnymi i roztropnymi. Może jakiegoś innego miejsca przyjdzie poszukać, kto wie...

- Aha! - wrzasnął nagle ktoś z zewnątrz. Do na wpół zagrzebanej w ziemi piwnicy wpadła zgraja sołdatów, wbijając w karki obu rozmówców zimne lufy kałasznikowów.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później