Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Oczko lewe, oczko prawe [5]

Lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Góry, gdzieś w Jugosławii. Gorąca krew, gorące głowy. Nim pomyślą, już tyle cierpienia, że żadna pokuta tego nie naprawi. Skąd ta wściekłość i zawziętość? No skąd?

 

Profesor ignorując wszelkie objawy bólu i zmęczenia piął się po stromym zboczu najszybciej, jak mu tylko mięśnie pozwalały. Nie zważał na zdradliwe kamienie obsuwające się pod nogami, na stromizny i niepewne, śliskie skały. Nic się nie liczyło, tylko ofiara, którą niezmordowanie ścigał już od wielu godzin. - Ubić faszystę!

"Profesor" nie był profesorem prawdziwym. Tak go tylko w oddziale przezwali, skoro w okularach. Humanista z prawdziwego zdarzenia. Miłośnik Bizancjum i kultury Greków je zamieszkujących. Zdążył zaliczyć cztery udane lata studiów na uniwersytecie w Belgradzie, zacząć poważnie myśleć o karierze naukowej, gdy między sąsiadami wybuchła nienawiść.

Interes mocarstw wymagał, aby Jugosławia spłonęła, więc zapaliła się posłusznie. Profesor długo opierał się temu szaleństwu. Kogo mógł i jak mógł namawiał do pokoju, nieraz za ten "defetyzm" nawet od swoich najbliższych znajomych obrywając w nos. Nie zrażało go to, bo wiedział, że ma rację. Wojna to czyste zło. Jak mógł hamował mordercze zapędy, odwołując się do rozsądku, sumienia, mądrości... Imał się wszelkich argumentów i sposobów, żeby tylko przywrócić świat, który był. Nawet, gdy jemu podobni idealiści wykruszali się jeden po drugim: bądź to ginąc w wojennych wypadkach, bądź pod presją przystając do zwaśnionych stron, on się nie poddawał. Humanista. Intelektualista.

Zdawał się niezachwiany w swym pacyfizmie, lecz natury oszukać nie sposób. Wojna wzbierała nieubłaganie, omiatając coraz to nowe obszary Jugosławii, a on, wyjeżdżając studiować do stolicy całą swoją rodzinę pozostawił w niewielkiej granicznej wiosce. Dobrze wiedział, co się zaczyna wyrabiać na granicach. Pociągiem, wozem, biegiem - czymkolwiek, byle szybciej pognał z ostrzeżeniem do rodzinnego domu, lecz nie zdążył przed okrutnym frontem.

Zgliszcza wokół. Przed chatą, na śniegu zastał ciała dwóch okrutnie zmasakrowanych braci. Oprawcy nie zadowolili się ciężkim pobiciem. Nie spoczęli, nim wraz z wnętrznościami i mózgami do końca nie wygnali z ofiar życia, a zwłok nie odarli z czci. Walcząc z przerażeniem Profesor zmusił się, aby podejść bliżej domostwa. Tuż za progiem, dzikim okrzykiem rozpaczy powitał leżącą przed paleniskiem matkę. Nie wystarczyło, że dla ratowania rodziny usługiwała im pokornie. Nie wystarczyło, ze ogołocili jej dom z zapasów, a ją samą z wszelkiej ludzkiej godności. Gdy się już nasycili kaszą, piwem i jej całkowitym uniżeniem, w podzięce rozorali jej czoło siekierą. Profesor, drżąc i pokasłując spazmatycznie ostatnim wysiłkiem zmusił się do spojrzenia w najdalszy róg chaty. Piękna niegdyś siostra tkwiła tam wciśnięta w kąt, poraniona , pohańbiona, i owinięta szmatami. Najeźdźcy chcieli ją sobie zostawić jeszcze na później, ale ona nie dała im drugiej szansy. Tępą łyżką otworzyła sobie żyły i odeszła, zostawiając Profesora samego na świecie.

Do takich widoków żaden uniwersytet nie przygotowywał. Na takie przeżycia, żaden filozof nie znalazł nigdy dobrej odpowiedzi (bo też nie od tego są filozofowie)... Gdy ludzka mądrość odeszła naga i bezsilna, za Profesora wzięła się natura, która od pokoleń pracowała nad jego szczepem. Po kolei pękały wszystkie cienkie warstwy narzucone przez kulturę i cywilizację. Rozmywały się definicje wartości i pękały dogmaty. Myśli dawniej barbarzyńskie, zbrodnicze i z sykiem duszone teraz zdawały się z refrenem "A dlaczego nie?" buchać do świadomości. Spod gładkości i umiarkowania wydobył się gotowy wykonywać najgorsze rozkazy janczar, który natychmiast przystał do najbliższego oddziału czetników. Ledwie parę tygodni dzieliło Profesora od tej przemiany, lecz już przywykł do nowej skóry, a dawnego pięknoducha miał w pogardzie. Walczył i zabijał na rozkaz. Rosyjski doradca - pulchny, sapiący ciężko i ogorzały na twarzy, który wspomagał serbski oddział doświadczeniem, stanowczo domagał się, aby nie brać jeńców.

- Ty Profesor, musisz dorwać tego na zboczu! - wykrzyknął do niego po kolejnej udanej pacyfikacji. - Nie może być świadków!

Z zapałem ruszył w pogoń za uciekającym ustaszem. Godzina po godzinie piął się w górę. Na stromiznach wierzgał jak szczeniak, ubijając nogami osuwające się lawiny drobnych kamieni i ciągle posuwał się naprzód. Niezmordowanie, gnany nienawiścią i rozkazem. - Zapłaci za wszystko ten faszystowski sługus, ten pomiot germański!

W zawziętości nie zwracał uwagi na skurcze ani bolące stawy, które domagały się odpoczynku. W górę, ciągle w górę. Naprzód! Pragnienie paliło usta, płuca rozrywała potrzeba głębszego oddechu. Nic z tego, trzeba dopaść to bydlę! Jeszcze godzina wspinaczki, jeszcze jedno podejście. Coraz bliżej szczytu, coraz bliżej słabnącego uciekiniera. Profesor, choćby miał umrzeć z wyczerpania, pogoni nie zamierzał odpuszczać!

- Aha! - wykrzyknął triumfalnie, gdy osiągnął wierzchołek góry i ujrzał tam ściganego na ziemi, pozbawionego sił i dyszącego ciężko. Co prawda nie wyglądał na ustaszowskiego zbrodniarza ani w ogóle na żołnierza, ale...

Jeszcze, gdzieś w tyle głowy, próbowała zrodzić się wątpliwość, ale nie. Nic z tych rzeczy.

Profesor wystrzelił celnie.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później