Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Oczko lewe, oczko prawe [6]

"Wyspa Świata" - w geopolityce połączone masy lądów Europy, Afryki i Azji. Główna arena dziejów. Środek ciężkości tego superkontynentu wypada gdzieś pod Samarkandą. Kto rządzi Samarkandą, ten rządzi światem.

 

Wola Chana Ziemi była świętością nad świętościami. Wszystko, co żyło lub choćby tylko martwą materią wypełniało przestrzeń, istniało tylko po to, aby spełniać Jego wolę. Tylko dla Niego - Jedynego, Doskonałego Władcy biło serce Samarkandy - ogromnej stolicy świata, a w niej serca bezgranicznie oddanych sług, głoszących wolę Pana całemu światu. Bat absolutnej władzy sięgał najdalszych zakątków planety i najgłębszych myśli wszystkich jej mieszkańców. Nie było na Ziemi ani jednego miejsca, które by nie zginało przed Władcą karku. Nikt i nic nie mogło oprzeć się Jego woli. Nikt i nic nie miało racji bytu innej, niż przydatność i całkowite oddanie.

Potężne fabryki Panonii i innych ośrodków bez ustanku dyszały wytężoną pracą. Maszyny spowite buchającą z tysięcy kominów parą dudniły pospiesznym, miarowym biegiem, a wokół nich spracowani inżynierowie wciąż zagryzali zęby, trwając na posterunku walki o jeszcze więcej i lepiej. Nie ryzykowali ani myśli ani nawet odczuć, patrząc na zębate koła linii produkcyjnych, syczące, gdy wrzące smary stapiały się z chemicznym chłodziwem. Nikt i nic nie zakłócało huczącego stukotu taśmociągów, które, sztuka za sztuką, wypuszczały w świat coraz doskonalsze narzędzia zniewolenia: pancertanki, stratoorbitale i turboszturmowce.

Sięgający zadymionego horyzontu stalowy system koncernów żądał paliw i surowców. Coraz trudniej mu się było nasycić, bo wokół natłoku potężnych fabryk przyduszających powierzchnię Panonii nie było już ani drzew ani złóż ani nawet czystego nieba, którymi by się mogły maszyny karmić. Nie tu, więc chciwe oczy posłusznego Chanowi przemysłu spoglądały na północ, ku mroźnym i dzikim krainom za Karpatami i wszędzie tam, gdzie surowce były do wzięcia. Teraz ich kolej, aby się do cna oddać Panu Świata. Chan żądał, Chan dostawał. Węgiel kamienny i brunatny, gaz łupkowy i rudy szlachetnych metali zapełniały toczące się cielska transporterów. Od stoków Karpat, aż po brzegi Bałtyku, na Syberii, w Skandynawii i na Labradorze zwaliste dęby, graby i buki padały przed Władcą w ostatecznym ukłonie. Puszcza za puszczą, dąbrowa za dąbrową, drzewa ginęły wleczone tysiącami w uścisku żelaznych kajdan. Na południe, na pożarcie hutom i fabrykom.

Szczególnie bezwzględnie ogołocony z bogactw i roślinnej pokrywy nadwiślański krajobraz odsłaniał pustostany dawno zrujnowanych miast. One także, cegła po cegle, znikały z kart historii oddając budulec wielkiej Samarkandzie. Nieliczni pozostali mieszkańcy tego kraju umierali wyjąc w męczarniach. Co jednak wołanie pomoże? Musieli zapłacić za niewyobrażalną zniewagę swoich ziomków, którzy odeszli w mróz i pustkę przestrzeni, odmawiając pokłonu Jedynemu.

Wiernie usługiwał Chanowi przemysł Panonii. Do cna oddawał mu bogactwa także kraj nad Wisłą. Ich wspólnym wysiłkiem rodziły się wojenne monstra, którymi Władca zniewalał świat. A za sterami tych stalowych potworów zasiadali ludzie szczególnego rodzaju. Janczarzy Pana Świata rodzili się po całej Ziemi: w zalanych błotem fawelach Rio, na spękanych żarem arabsko-murzyńskich pograniczach i w wilgotnych dżunglach Indochin. Wszyscy wiernie służyli Samarkandzie, ale Chan miał wśród nich swoich ulubieńców. Nikt nie łączył w sobie gniewu i popędu, nikt nie był tak użyteczny i zapamiętały w posłuszeństwie, a jednocześnie obezwładniony złudzeniem swej wolności, jak mieszkańcy wybrzeży, nad którymi wiatr zwany Jugo przeganiał obłoki.

Ich doskonałe predyspozycje wzmacniał doskonały system szkolenia. Mieszkańcy wschodniego wybrzeża Adriatyku od urodzenia mieli talent do walki, więc wojenne uczelnie urabiały ich na doskonałych żołnierzy. Byli bystrzy, inteligentni i pełni zapału, więc akademie bez trudu formowały z nich elitarne plutony, bataliony i dywizje. Zespoleni systemem nadprzewodników, wspierani sieciami neuronowymi i biomechanicznymi pancerzami, wspomagani najdoskonalszymi z dopalaczy, nie mieli w starciach godnych siebie przeciwników, a Jedynego Władcy niczyja wierność i oddanie tak nie cieszyły.

Cały świat służył Chanowi. Chan rządził całym światem. Ziemia była u szczytu porządku.


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później