Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Oczko lewe, oczko prawe [7]

Już zobaczyliście, że historia toczy się tam, gdzie toczyć się jej każą Prawa. A oto, co jeszcze jest przed nami...

 

Skanery omiatały przestrzeń wokół Ziemi, aż po orbity Marsa i Wenus. Informacje stamtąd płynące poddawane były weryfikacji i statystycznej interpretacji. Jak zawsze układały się w przewidywalny i pożądany obraz.

Jeden tylko element nie pasował do doskonałości.

- Wszystko co było mi nieposłuszne zabiłem - przemawiał Chan Ziemi, stojąc przed iluminatorem, z którego rozpościerał się widok na całą planetę. - Wszystko co było mi nieprzydatne usunąłem. Z tego co pozostawiłem, wszystko wyciskam dla swojej korzyści. - Władca przemawiał sam do siebie, bo nikt nie był godny z nim rozmawiać. - Co więc za mną chodzi? Czyżby istniał jakiś skrawek świata, który mi urąga? - Zdawał sobie sprawę, że taki skrawek musiał istnieć, niesiony gdzieś w nieznane przez tych, którzy odmówili pokłonu. Czyżby teraz...?

Dane były jednoznaczne. Sygnały mocne i nieprzypadkowe. Nasilające się z każdym dniem i godziną. Z każdym nowym petabajtem układały się coraz jaśniej w niepokojący obraz. Przez porządek zmierzonego i zrozumianego wszechświata gnało coś, co wymykało się rozumowi i woli Chana.

Przekazy z podsłuchów pozwalały z czasem nawet na identyfikację fragmentów rozmów, a bywało, że i śpiewów.

- Córka Jeden, Córka Jeden, wzywam cię Matka!

- Tu Matka. Tu Matka...

- ...szablą odbijemy...

To jasne! Wracają walczyć z Władcą! Ale marny ich los, bo za Chanem stoi niezachwianie cała potęga Ziemi. Zniszczy każdego, kto się poważy podnieść rękę na Pana lub zburzyć samodzielną myślą doskonale poukładaną przestrzeń. Ani zwątpienia ani strachu wśród sług Samarkandy być nie mogło. Floty i działa Ziemi czuwały w gotowości. Od pancerników magnetycznych, po ścigacze subatomowe - wszystkie siły, jakie mogła wystawić Ziemia czekały na najeźdźców.

Władca był gotowy na otwartą konfrontację i zemstę na zdrajcach, jednak zamiast wielkiej bitwy doczekał się kolejnej zniewagi. Dawni uciekinierzy wyłonili się z mroźnej przestrzeni tysiącami zbudowanych każdy na inną modłę statków. Stadem, w którym trudno było dopatrzyć się szyku i celu. Zbliżali się szybko, migając bielą i czerwienią swych świateł pozycyjnych, lecz nie dążyli ku Ziemi. Skorzystali tylko z jej grawitacyjnej asysty, aby z jeszcze większą mocą pognać dalej, w mróz i pustkę nieznanego kosmosu. Zniknęli wkrótce niemal bez śladu, goniąc za czymś, czego sami dobrze nie umieli określić.

Tego, że intruzi zwyczajnie i bezczelnie zignorują potęgę Chana nie przewidziały nawet najpotężniejsze komputery strategiczne. Po przybyszach pozostała jedynie purpurowa wściekłość na twarzy Władcy, oniemiałe miny jego sługusów i zwątpienie w głowach niewolników. Zwątpienie to zakiełkowało w ułamku sekundy. Z mroków niepamięci zaczęły powracać do świadomości znaczenia słów, które od dawna były jedynie pustymi skorupami archaizmów: własne zdanie, własna wola i swoboda. Niedługo trzeba było czekać na efekty.

- Aha! - zakrzyknął olśniony nagle buntowniczą myślą stary inżynier z fabryki w Mlada Boleslav i całą partię wybrakowanych łożysk przepuścił do dalszej obróbki.

- Aha! - krzyknęli młodzi kadeci akademii lotnictwa strategicznego z Zagrzebia i skierowali całą siłę ognia swych maszyn wprost na Samarkandę.

KONIEC


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później