Strona główna || Zanim zaczął się czas || Przybywamy w pokoju
słowianie

Słowianie - Przybywamy w pokoju

Jan Sz. Szarucki


Szkiełko, oko i Słowianie

Ośrodek Dozoru Lotów Przestrzennych. Bory Tucholskie, okolice Karsina.

Nigdy dotąd nie udało się tak celnie zakpić ze starych autorytetów. Nigdy jeszcze teoria względności nie była tak bliska upadku! Na razie co prawda jeszcze nikt nie myślał o podróżach z nadświetlnymi prędkościami, o podboju obcych gwiazd i setek tysięcy planet odkrytych przez następców profesora Udalskiego. Ziemskie sondy i statki przestrzenne wciąż ślamazarzyły się z szybkościami nie przekraczającymi 10% c, ale informacja... To już co innego!

Tu, pośród ciemnego lasu, chroniącego potężne czasze radioteleskopów przed zgiełkiem cywilizowanego świata, zespół założenia "Ziemia Dwa" oczekiwał na sygnał od sondy Meteor X, wysłanej blisko sto lat wcześniej. Sonda leciała do celu bardzo długo, ale informacja, jeśli wszystko pójdzie dobrze, miała dotrzeć w zaledwie kilka sekund, tuż po wejściu statku na roboczą orbitę obcej planety.

- Szefie, jest! - krzyknął podniecony asystent.

- Weryfikacja?

- W porządku!

- Dobra, miejmy to za sobą. Rozpakuj pliki!


>C:/...
>C:/...
>C:/sonda/przekaz/działaj.wykonaj ? Otwieranie <- wykonano
>C:/sonda/przekaz/działaj.wykonaj ? Ładowanie <- wykonano
>C:/sonda/przekaz/działaj.wykonaj ? Interpretacja <- wykonano
>C:/sonda/przekaz/działaj.wykonaj ? Mentalizacja <- wykonano
> Polecenie: odtwarzanie

Całe rozwrzeszczane pokolenie dzieci Zimowita już posnęło. Zamknęła oczy także Borówka, chociaż spała płytko, czujnie wsłuchana w oddech najmłodszej z pociech. Sam Zimowit też coraz głębiej pochylał się nad dokończoną misą kaszy. Pracowity dzień, jak co dzień odkładał się zwyczajnym znużeniem.

Podsypiał i Tasznik, nieczęsty ostatnio gość w chacie Zimowita. Coś jeszcze mruczał nad dzbanem lekkiego piwa, ale i jemu codzienne wędrówki, które urząd nakazywał dawały w kość. Tylko jeden Witlicz, jeszcze przecież niezupełnie stary, ale już zwolniony z obowiązków, pozostał z tego spotkania przytomny.

Dawny naczelnik Słowian Białej Wody, przymuszony potrzebą odszedł nieco od chaty. Mimo, że noc pełna, nie miał się czego obawiać. Wokół mnóstwo spokojnych sąsiadów, granice dość daleko, a do tego niezle strzeżone, za granicami ani znaku groznych sił... można spokojnie nawet nocami chodzić.

- Spokojne czasy - westchną błogo uśmiechnięty Witlicz. Spojrzał w niebo, które ilekroć pogoda pozwalała świeciło mrowiem gwiazd. środkiem nieba ciągnęła się, jak zawsze, rozmyta poświata Mlecznej Drogi. Znane zbiory dalekich słońc migotały niezmiennie: porozkładane po niebie w stałych odstępach, posłuszne w swych powolnych ruchach tylko porom nocy i roku.

- Spokojne... - chciał powtórzyć Witlicz, lecz ucichł zadziwiony niezwykłym widokiem na niebie. Ani to gwiazda świecąca ani spadająca z błyskiem ani ta z warkoczem, rzadko zaglądająca. Ze wschodu płynęła sobie przez gwiazdozbiory plamka światła na pozór podobna innym gwiazdom. Nie migotała co prawda jak one, nie chciała się poddać, jak inne iskierki prawom niebieskiego ruchu, ale przecież... hmmm...

- No gwiazda, bo cóż innego? - Dawny naczelnik Słowian Białej Wody machnął ręką na swe starzejące się zmysły. - Tyle tego wieczoru. Idz już spać, Witliczu! Za dużo piwa!



>Stan: koniec przekazu
>C:/sonda/przekaz/działaj.wykonaj ? Zapisz <- wykonano
>C:/sonda/przekaz/działaj.wykonaj ? Publikacja.wstrzymaj
>C:/<- wykonano

Udało się. Udało się, ale w tucholskim ośrodku jakoś nikt nie otwierał przygotowanego specjalnie na tę okoliczność najdroższego z półtoraków ani nie odpalał grubych zwojów najprzedniejszej mahorki. Nikt nie krzyczał z radości , nikt nie śpiewał. Teoria względności odeszła po blisko dwustu latach twardej obrony, ale bez należytego rozgłosu, przyćmiona przez zupełnie inną rewolucję.

- Druga Ziemia?! - zastanawiał się szef projektu wpatrując się to w telemetrię, to w obraz z powierzchni. - Jaka druga...

KONIEC


słowiańskie dzieje wcześniej poprzednia strona | następna strona słowiańskie dzieje później